sobota, 15 sierpnia 2015

sea of dreams

Boski podrapał się po głowie, pomyślał chwilkę krótką, po czym zniknął w garażu. Tam z krzesła składanego, wiatraka od Sąsiadów zza miedzy i gazu z pepsi skonstruował maszynkę do teleportacji.

Dlatego dzisiaj pozdrawiamy z morską bryzą. Morze nie wyschło mimo temperatur i w porównaniu z resztą mapy pogody jest tu po prostu klimatyzacja. Nasza a-klimatyzacja przebiega w duchu euforii, że już po wszystkim. Najbardziej euforyczny Plus, że przetrwał.

--Sent from my iPhone

piątek, 14 sierpnia 2015

archiwalia

Podobno gwiazd jednak spadło tyle, że zaczynam się martwić, czy będzie nam miało co świecić przed wschodem supernowych. A że z powodu upałów brakuje prądu, takie spadanie wydaje się dość rozrzutne.

Szukam odpisu świadectwa Chrztu. Pamiętam jak przez mgłę, co na nim było, i to właśnie z powodu tej mgły muszę stwierdzić naocznie. Był z rzeczami, które nie mogły zginąć. Poszukiwania są jednak daremne, choć po prawdzie to daremne połowicznie. Znajduję bowiem całą masę rzeczy, których absolutnie nie mogłam znależć, gdy były potrzebne. Na przykład pakiety dokupowanych co grudzień kartek świątecznych wraz ze znaczkami. Ktore można podzielic na grupy: niewypisane, z wpisanym adresatem, ze szczerymi odręcznymi życzeniami i numerem szczęśliwego nowego roku, co czyni je niezdatnymi do wysłania na jakieś kolejne Święta. Od kilku lat bowiem nie mogę się zdobyć na pocztę świąteczną.

Znajduję jeden ze swoich indeksów, odpis aktu urodzenia w absurdalnej teczce z Kubusiem Puchatkiem, kupionej piętnaście lat temu, i wiem doskonale, że te wszystkie eureki tylko chwilowe, że posortowanie życia w działy jeszcze długo nie nastąpi i że szukanie czegoś będzie mi towarzyszyć aż do aktu zgonu, który już na szczęście obciąży pamięci.

W międzyczasie czytam stare listy, niedokonczone książki, notatki odręczne, zdjęcie jednego dziadka w mundurze Wehrmachtu i ksero dowodu tożsamosci w języku niemieckim drugiego, co był w Wojsku Polskim. Nie ma nigdzie jego listu z frontu, ktory przysłał do swej mamy, za to z pozdrowieniami dla żony i dziecka. Żadnego z dziadków nie poznałam, są w moim życiu białą plamą historii i jakąś też chyba dziecięcą tęsknotą.

Dokument znajduję w ostatniej chwili i cieszę się tak, jakbym natknęła się w ogródku na zabłąkaną perseidę. W sumie w tym nieprzewidzianym remanencie wspomnien kilka gwiazd się znalazło.

--Sent from my iPhone

czwartek, 13 sierpnia 2015

zrzuty

Gdyby nie przewlekła susza, zdobyłabym się na metaforę pływania łupinką od orzecha swoich możliwości po przestworze oceanu potrzeb. Mimo iż daję z siebie więcej, niż mam, cały czas jest deficyt. Przy zaistniałych okolicznościach Plus zgarnia noce i dnie, chora Skakanka interludia, z Grzybkiem zostają nam już tylko dowcipy wymieniane nad zupą. Program kulturalno-oświatowy uległ zawieszeniu i zamieniamy się powoli w przetrwalniki. Plus na znak protestu wobec temperatury pokojowej przestaje spać i wypaca wszystko, co wypije. Froteruję podłogę w salonie, rozkładam mu wielką kołdrę i rozpoczyna zwiedzanie. Pozostaje nadzieja, że niezauważone resztki rtęci pozbierał na futerku kot. Tylko tyle jestem w stanie zrobic, choć chcialabym tyle więcej.

Dom to pobojowisko stosow odziezy, pranej do spakowania na zaraz. Zaraz trwa juz kilka dni. Uziemieni gorączką Skakanki wychodzimy powoli z żywności. Boski, witany po pracy stosem krokietow z serem żółtym i szpinakiem, ktore zamroziłam przed wakacjami na tak zwaną czarną godzinę, pyta, skąd miałaś jedzenie. Alianci nam zrzucili, odpowiadam, a wtedy Andrzej usmiecha się tak, jakby przypominał sobie, dlaczego zostałam wybranką jego serca. Choć podobieństwo sierpniowe do okoliczności sprzed dekad czysto przypadkowe.

Odpalamy śmigło wentylatora, pożyczonego dzięki szlachetnemu porywowi serca Sąsiadów zza miedzy, i zaczyna w końcu nad nami wiać wiatr historii. Na zewnątrz fałszywy alarm burzowy zrzuca z balkonu pranie i dzieci je łapią, nim wejdzie w orbitę okołoziemską. Po godzinie wszystko wraca do normy. Burzy brak. Mialy dzis w nocy spadac gwiazdy, czekałam na balkonie na jakąś ze trzy minuty lub nawet pięć. Dziwnym trafem spadają tu u nas tylko krokiety i sztuki odzieży. Taka patologia.

--Sent from my iPhone