środa, 10 września 2014

expat camp

Gdy wychodzę do lekarza zakaźnego od chorób od kota, kot wpada do klopa. Cudem ratuje swoje życie i wstrząśnięty biega po domu. Wsadzam go do wanny i myję szamponem do włosów yves rocher, podczas gdy kocię wbija się pazurami w moją wyjściową sukienkę, usiłując ratować życie po raz kolejny. Walkę wygrywam.

Wybiegam z domu mokra, bez teczki z wynikami, bez auta, bo Boski zapomniał i dopiero nadjeżdża. Pani doktór kotów nie lubi i każe wyrzucić.

O piątej rano Grzybek zaczyna wymiotować. O 14:30 Skakanka z kolejnym chirurgiem widzi się w sprawie złamania ręki lub nie.

W siódmych potach na moim legowisku na podłodze odmawiam wszystkie znane mi modlitwy, choć idzie ciężko. Rozmyślam, czy Plus chorując ze mną czuje się równie źle, czy choć trochę lepiej, i że mogło być gorzej, chyba że dolegliwości z Grzybka przejdą i na mnie. Jestem jak jeniec wojenny, repatriant, siedem nieszczęść. Nie reaguję na wygórowane oczekiwania, rozpoczęłam strajk okupacyjny w obronie Plusa. Momentami przechodzący w głodówkę, gdy trudno zebrać siły celem udania się do kuchni.

Choć kluczowi dla poprawy kondycji psychicznej i rozwiązania problemów dużego kalibru ludzie nie mają czasu ani możliwości, od tak wielu osób otrzymuję znaki wsparcia, że pozostaje mi tylko bardzo podziękować. Dziękuję. Uczę się od Was.


wtorek, 9 września 2014

kocie życie

Jak cudownym stworzeniem jest dziki kotek. Mały jak trzy grosze, łazi po kątach, bryka w czeluściach, wynosząc na sobie kurzowe trofea.

Gdy człowiek ma wrażenie, że koniec jest bliski, choć to tylko jakaś grypa, i leży na podarowanym materacu na podłodze, wśród stert wszystkiego, bo wyprowadzka, kotek skrada się niespodzianie wylizać mi twarz mokrą od łez. Wszelkie normy bakteriologiczne mając w nosie.

Kotek nie udaje, że kocha za coś więcej niż jedzenie i picie, więc wszystko jest jasne. Taki powiedzmy sobie deal. Nic nie trzeba od niego oczekiwać ani wzajemnie. Wtula się w dres i iska go, mrucząc przeokropnie, bo pamięta, że istnieje instytucja matki i instynktownie mu jej brak. Więc użyczam ja, użycza Skakanka, żeby nie miał emocjonalnych deficytów. Bycie matką zastępczą nie jest bardzo obciążające. Gorzej trochę z kuwetą.

Nocą śnię koszmary, że Plusowi w brzuchu dzieje się krzywda.

Gdy ja na posłaniu Łazarza pobieram korepetycje z samo(nie)wystarczalności, Boski Andy dwoi się i troi. Skakanka ma podejrzenie złamania ręki, zaczęły się wywiadówki. Kampania wrześniowa trwa.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

jesień w okopach

Na wsi do drzwi puka jesień. Nie czeka na żadne tam "proszę". Choć drzwi zamykam, wciska się każdą szparą. Palę pod kuchnią. Przetykam komin. Myślę o kobietach na wojnie, których mężowie walczyli w okopach i one nosiły drwa, gotowały i troszczyły się o latorośle - swoje i te osierocone przez dziejową zawieruchę.

Dzieci mam teraz piątkę, plus Plusa, plus chorego kotka. Kotek leży podłączony do poduszki elektrycznej. Wczoraj i dziś na zastrzykach i kroplówkach, odmówił bowiem jedzenia. W zagrożeniu hipotermią, najchętniej byłby lulany w ramionach, ale przecież nie da się ciągle. Wygląda jak kotka ćwiartka. Więc mu gotuję i grzeję także, myśląc, jak to się będziemy jutro pakować i w siną dal jechać.

Ja sama też sina, bo zimno, a wyprałam akurat wszystkie ciepłe rzeczy. Zwiodło mnie słońce, co się przez szybkę uśmiechało rano.

Stos naczyń nie reaguje na prośby, by choć raz dorósł i umył się sam.

Wszystko wokół wymaga opieki i tylko czasem jakby pytanie takie, czy ktoś nie mógłby zaopiekować się opiekunką. Ściskam w ręku biały kamyk, wierząc, że wojna wkrótce minie.