poniedziałek, 20 kwietnia 2015

butterfly people

Można zobaczyć w sieci filmik taki, o butterfly children. Ze straszną chorobą genetyczną skóry, ktora przy najdrobniejszym otarciu (wystarczy dotyk odzieży) zamienia się w krwawą ranę. Podobnie naskórek wewnętrzny niszczy jedzenie. Pozostaje tylko przyjmowanie płynów. Obejrzałam z płaczem.

Nie ma co porównywać, ale wydaje mi się, że istnieje też kategoria butterfly people. To ci mniej gruboskórni. Mówi się o nich, że trzeba się z nimi obchodzić jak z jajkiem, bo nigdy nie wiadomo, co ich dotknie czy zrani, a kiedy się załamią kompletnie. Jak ta opisana onegdaj ćma. I choć czasem butterfly people roztaczają wokół siebie klimat lodówki, byleby nikt nie dotknął tych ich nieszczęsnych skrzydeł, naprawdę nie są jak jajka, które bezpieczne tylko w wytłaczance na najniższej półce chłodziarki.

Butterfly people potrzebują dużo, dużo słońca. Wtedy widać wszystkie kolory. Wtedy lecą wysoko i zupełnie beztrosko.

(Byle nie patrzeć w dół.)

środa, 8 kwietnia 2015

wet monday

Wraz z naszym wyprowadzeniem się na wioskę zyskuje nowe oblicze. Oblicze zamiast omówienia zostanie pokazane w obrazkach.

Osoby dramatu: Skakanka, Grzybek oraz Panicz W. - 17-letni latorośl naszych kochanych Sąsiadów.



 (dobrze rozpoznawalna parasolka ze znanej sieci drogeryjno-chemicznej na tle tego, co kiedyś będzie prześlicznym ogródkiem w stylu francuskim - gdy Okruszyna zamieni pisanie słów na sadzenie kalafiorów) 



"Mamo, to nie fair, Panicz W. wrzucił mi bombę do okopu!"


(Grzybek z dobrze rozpoznawalną parasolką... Na tle pietruszki wysianej przez niego przed gankiem, żeby zmylić przechodniów, którzy nawet nie będą podejrzewać, że z drugiej strony jest ogród w stylu francuskim)







poniedziałek, 6 kwietnia 2015

pindzia szczotka

Skakanka po drodze ze świątecznej wizyty dzieli się z nami w aucie trudnością ze znalezieniem nowego pseudonimu do Bandy znad Toporka. Nie widząc powagi sytuacji, zaczynamy na wesoło. Koza, Koza nostra, Koza z nosa. Ale przecież będą się z niej śmiać. Skakanka grozi nam, że pozostanie przy Emo, co oznacza człowieka pytającego o sens życia. I mimo iż wydaje mi się to nie całkiem głupie, poszukiwania stosownej ksywy trwają nadal - ku naszej coraz większej wesołości, a jej pogłebiającej się rozpaczy.

W końcu Boski mówi: "Pindzia Szczotka". Skakanka się obraża (wieczorem oglądamy z Bratem Bliźniakiem przywiezionego z UK Misia Paddingtona i pytam Skakanki, czy nie dałoby się obrażać jak nastolatka z tego filmu - z opuszczeniem miejsca zdarzenia, ale bez trzaskania drzwiami).

Dziś problem został rozwiązany. Skakanka wymyśliła "Roxy Sweet" (wolałam zdecydowanie Emo). Boski mówi do mnie na boku: "proponowałem jeszcze Princess Lea. Bo na wszystko leje" - i tu ma na myśli pewien rozdźwięk pomiędzy jego wyobrażeniem, jak powinien wyglądać pokój pilnej i pracowitej pensjonarki, a rzeczywistością fantazyjnego nieładu posesji naszej córki.

I gdy tak sobie dworujemy, wiem przecież, że uczucia dziecka trzeba oddawać w postaci echa, by mogło sobie samo układać w głowie. Ale przy ksywie nie bardzo dało się od żartów powstrzymać.

Czy już pisałam, że fajnie jest być mamą nastolatki?