piątek, 27 marca 2015

przyszło do mnie samo

Plus dzień ma taki, że obiad spozywam po powrocie Boskiego z korporacji, która nas żywi i odziewa, o dwudziestej pierwszej. W postaci jajecznicy z dwóch jajek. Ale w desperacji pękających pleców od noszenia, i że już nie wiadomo, jak Plusika uspokoić, słucham wczesniej nagranych mi sto lat temu przez JackJacketa konferencji (wielkopostnych - nawet nie wiedziałam, że mój jakże smart fon je mieści, nigdy nie było czasu zobaczyć, co tam jest właściwie). Plus przestaje płakać i też razem ze mną słucha.

I otwiera się dla mnie nagle autostrada języka znajomego, mówi ktoś do mnie Levinasem, językiem godności człowieka; mówi językiem odkłamywania wszystkich iluzji, które z Boga czynią kogoś, kim On nie jest. Polecam więc do słuchania, choć zdaję sobie sprawę z tego, że to, co tak wstrząsająco przemawia do mnie, nie musi do Czytelnika.

Okazuje się, że można mieć rekolekcje wielkopostne, nawet jeśli od 6 tygodni nie bardzo wychodzi się z domu. Rekolekcje, co spadają z Nieba w dziury rozmiarów tych ze szwajcarskiego sera. Pozostaje podziękować Plusowi.

czwartek, 26 marca 2015

telefon do pałacu buckingham

Odbieram telefon. Czy pani zamawiała komodę u nas w listopadzie? Coś było takiego, przypominam sobie. Nieaktualne. Zapewniam, że bardzo mi przykro. Pan w słuchawce mówi, że jemu też, bo od pół roku próbuje się dodzwonić. Wyobrażam sobie te ponawiane telefony za biurkiem obrosłym pajęczyną i żal mi najbardziej szczerze. Chciałabym coś dopowiedzieć na przeproszenie, ale pan się rozłancza.

Podobno do mnie dodzwania się jak do królowej angielskiej. Nie wiem, czy porównanie uzasadnione, bo nigdy do Pałacu Buckingham nie próbowałam. Mój niezwykle smart phone na ogół nie wyświetla, kto dzwoni. Więc taka obrona przed sprzedawcami koców i garnków. Oraz to, że rozmowa przez telefon to zabawa w ciuciubabkę. Nie wiadomo, o co chodzi. Nic nie widać. Nie ma żadnych danych kontaktowych. (Dlatego tak bardzo przemówiła do mnie Basia).

Wobec niemożliwości komunikacji z reszta świata w formie dla mnie najbardziej dostępnej, ponawiam marzenia o pisaniu fikcji. O czym pisała Pani powieść? Co za niewygodne pytanie, myślę. O życiu niemożliwym, odpowiadam. O pragnieniu bycia i jednoczesnym znikaniu. Choć językowo wychodziło nieźle, przesłania nikt by nie uniósł. Bohaterowie utknęli w sytuacji bez wyjścia i mam nadzieję, że oni nie zadzwonią do mnie jak pan z mebli w trzech kolorach, że od siedmiu lat pat taki i przykro.

Poczekam jeszcze kilka lat i prozę zniszczę zupełnie już bez żalu. Chyba że dam bohaterom jakieś nowe zycie na emeryturze. Mojej, nie ich, bo dla nich czas się zatrzymał i zmarszczki mimiczne nadal tam, gdzie były.

wtorek, 24 marca 2015

luksus

Jadę rano z Plusem na szczepienie. Przede mną i za mną rodzice swoich pierwszych dzieci. Razem ubierają w kombinezon, razem uspokajają, przekazują sobie z rąk do rąk największy skarb, żeby nie uronił ani łzy. I choć rozczula mnie ta ich troska, myślę sobie o tym, jak łatwo zdetronizować miłość swojego życia. Teraz nie do wybaczenia jest nieumiejętne chwycenie juniora, niechby tylko zapłakał. Szczęśliwy moment i trudny, w którym wiele z losów małżeństwa się waży. Kto stanie się number one na kilka najbliższych lat. I czy małżeństwo przetrwa.

Zaszczepieni jedziemy. Generalnie but na obcasie wymieniony z kapciem wprawia mnie w nastrój wielce podniosły. By zyskać na czasie usypiającego kołysania auta, wracam przez McDrive. Niech będzie dziś święto, myślę sobie. Życie moje jest tak pustelnicze, że powoli uczę się sama sobie sprawiać radości (choć jeszcze ze sobą nie rozmawiam).

Biorę cappuccino. Głos pyta, czy ciasteczko jabłkowe też chcę. No pewnie. Dziś mam wyjściowe. Pani, gdy mi się objawia, wygląda tak, jakby noc miała równie spaną jak ja. Bowiem Plus w nocy prowadzi bogate życie wewnętrzne.

Na ciasteczku napisane, że ma w sobie coś powalającego. W rzeczy samej, gdy nadgryzam, jabłko ze środka ląduje na moim mejkapie i rękach.  Młody po przełożeniu do wózka pod domem odmawia dalszego snu. Kawa wylewa się na okolice. Ale jeszcze dużo zostaje w kubku. Gdy już śpi, dopijam letnią. To trzecia kawa od przyjścia na świat Plusa. I pijąc ją rozmyślam, że do pełni szczęścia brakuje tylko jeszcze wpisu. Autystyczny taki świat małych radości.

Z wpisem zdanżam już 5 godzin po kawie. Zamiast wieszania prania, co mnie nieco niepokoi.

Trochę się pozmieniało. Ale brak odrobiny luksusu grozi wypaleniem.