Nie potrzeba zalania mieszkania przez powódź, żeby się poczuć trochę jakby bez suchego gruntu pod nogami. Wystarczy, że nagle rozpadnie się wyeksploatowany do granic swojej użyteczności telefon. Ulubiony. Prosty, najzwyczajniejszy, skromny, i w abonamencie, w pełni spersonalizowany, z kolekcją zachowanych szczególnie fajnych sms-ów. A przecież obecnie, w woreczku foliowym w częściach pierwszych, przedstawia się nadzwyczaj żałośnie.
Okazuje się nagle, że nie bardzo jest możliwość zadzwonić gdziekolwiek, bo numery nie zachowały się na karcie SIM. Że stary budzik był najfajniejszy. Że z nowym znalezionym zastępczo w szufladzie nic już nie będzie takie samo jak kiedyś.
Że utrata telefonu, który przecież był tylko do używania, bo szpanować się nim nie dało, powoduje dziwne wrażenie pustych rąk, ubóstwa, a może nawet i nadchodzącej powodzi lub wojny.
Nie wiem nawet kiedy - stałam się ofiarą współczesnej technologii. Proszę do mnie dzwonić i sms-ować, bo ja w tej chili nie bardzo ze swej strony kontaktuję.