poniedziałek, 27 lipca 2015

little lion man

Take all the courage
You have
Left

(Mumbro & Sons)

--Sent from my iPhone

czwartek, 16 lipca 2015

nagła śmierć kawiarki

A podobno na płycie indukcyjnej nie da się nic spalić. Wyszłam tylko na chwilę. Samo szykowanie trwało trzy razy dłużej. Ubierzcie sandały.  Mamo, ale one są brudne. Mamo, ale nie wiem, gdzie mam. Mamo, Plus potargał mi fryzurę. Zawijanie Plusa w chustę. Cel wyprawy: sąsiedzi za rogiem, celem umówienia się z na wspólne eventy z życia naszego narybku.

Wracam po kwadransie i śmierdzi spalenizną. Kawiarka typu french coffee maker stoi na miejscu po czajniku i się gotuje. Lub też ledwo dyszy, wydając ostatnie tchnienie i woń przepalonych fusów. Po podejściu bliżej zarządzam ewakuację z Plusem, bo wygląda tak, jakby zaraz miała wystartować i wejść w orbitę Plutona.

Po pół godziny ostrożnie się skradam. Kawiarka jest dziurawa. Gdy pomyślę, ile czasu mi zajęło podjęcie decyzji, by ją nabyć w wakacyjnych delikatesach, to mi się serce ściska. I ile wspomnień poszło z dymem.

Jakaś era właśnie dobiegła końca.

piątek, 10 lipca 2015

śnieżka

Więc wczasy w górach. Z powodu rekordowych upałów - w górach nas nie było sensu stricte. Całe universum stanowił hotel, szwedzki stół dwa razy dziennie i basen. Wszystko obliczone na mozliwosci opieki nad Plusem. Ja głównie jako czujka, usypiacz i karmiciel, Boski głównie jako opiekun na jadalni i opiekun w czasie moich wyskokow na basen. Podczas mojego rannego wyjscia na wliczoną w koszt pobytu hennę, co ze mnie miala zrobic Kleopatrę, Plus zajął się sobą sam z niewielką pomocą Skakanki. Co zabawne, Boski przespawszy całe zajscie, dopiero koło południa w windzie zauważył moją niezwykłą przemianę w gwiazdę kina niemego. "Ale jednak zauważyłem", dodał na swoje usprawiedliwienie. Może jak kiedys w końcu osiwieję, zmiana nie będzie dla niego także łatwa do wyłapania, to jakos cieszy.

Więc - mimo że w czasie naszego pobytu ulicę obok przebiegał ultramaraton górski - dla rodziny z niemowlakiem póki co udany urlop od strony technicznej oznacza, że wszyscy przeżyli, mieli co jeść i nie doznali udaru słonecznego. Najpiękniejsze były dla mnie nasze kawy po śniadaniu, o ile nie zbierały się nad nimi chmury okoliczności niezależnych w postaci trudnych bodźców docierającyh ze świata, który nie przestał biec podobnie jak ultramaratończycy.

Z bliska zobaczyliśmy tylko Śnieżkę. Najpierw myślałam, że widać ją świetnie przez okno naszego pokoju. Potem zauważyłam, że w zasadzie znajduje się jeszcze bliżej - pod telewizorem.