wtorek, 19 sierpnia 2014

towarszystwo

Rano gdy w kuchni przewracam kartki jutrzni, kot zawija mi się w nogawki od spodni od pidżamy. Mały taki, że trudno uwierzyć, że tak małe bywają kotki. Potem skacze na niewidzialne przeszkody, goni niewidzialne muchy i myszy i wszędzie go pełno. I czuję się jak staruszek Pettson, który nagle zyskał towarzysza. I jeszcze nie wie, przeszkadza mu on czy rozwesela.

Gdy to piszę, minęła północ. Kot, z litości wzięty z chłodnego końcem lata przedsionka do pokoju, zasnął niepostrzeżenie za moimi plecami, choć przecież nie ogłosiliśmy jeszcze wzajemnej przyjaźni. Przykrywam go kocem, żeby mu reumatyzm za młodu łap nie powykręcał. Znalezione gdzieś w szafie grube skarpety na nogi wkładam i zaraz szurać będę ku spaniu także.

Powiedziała Louise w Barthomley, że zegar to wielki przyjaciel człowieka, bo tykaniem mu towarzyszy. Co mnie zdumiało, gdyż raczej zawsze mi czas odliczał niecierpliwie, wydzielał go zawsze zbyt mało, raczej niż był sprzymierzeńcem. Ale jakimi dźwiękami dom napełnia kot, gdy się bawi z firanką bądź z impetem skacze na fotel i w niego nie trafia. Cichy tupot miękkich poduszek i pazurów mówi, że zupełnie niezależny, ale jednak towarzysz, jest. Tak obecny, że wszędzie możesz się o niego potknąć. Dlatego chodzisz ostrożniej.

wtorek, 12 sierpnia 2014

jak dostałam kota

Kotek wygląda jak Findus z serii Svena Nordquista (TU i TU). Brakuje tylko spodni w zielone prążki.

A było z nim tak.

Mateusz na wsi powiedział Skakance: mamy małe kotki. Skakanka miała obiecanego kota razem z domem. Od jakiś trzech lat znaczy. Boski Andy nie jest miłośnikiem kotów. Poprosiłyśmy: zapytaj rodziców Mateusza, czy kotek jest na wydaniu. Po meczu, gdy poziom endorfin był spory.

Ponieważ niedzielę wieczorem obłożył kontakt z dwiema półkulami (nie mózgu) w czasie możliwym dla jakże różnych stref czasowych, a u Boskiego rozmowa jeszcze ze stolarzem, rano zaś jego odjazd w siną dal pracy, nie wiedziałam, jak przebiegły rozmowy.

Rano dostarczono kota. Wraz z reklamówką sianka.

Telefonicznie ustaliłam z Boskim, iż ustaleń odnośnie dostarczenia nie było. Ale cóż zrobić. Klamka zapadła, kotek u płota.

W ten sposób staliśmy się posiadaczami zwierzęcia typu "pet". Kotek mieszka w przedsionku nie naszego domu na wsi.

Zdaje się, że do naszego gierkowskiego M nie mamy już po co wracać. Być może kotek o wyglądzie Findusa przyspieszył naszą wyprowadzkę o kilka niepodjętych decyzji i kilka tygodni. Życie obecnie możliwe jest w wersji tylko z dnia na dzień, z reklamówką sianka i zapakowanej z domu odzieży. Ciąg dalszy - jaki i kiedy - nieznany. Ale nastąpi.


wtorek, 5 sierpnia 2014

wolny ptak

Pisze mi Georgiana, aleś smutno napisała. No, smutno wyszło, wbrew założeniom programowym okruchów, gdzie miało być głównie na wesoło. Więc obiecuję szybko jakoś to naprawić.

Więc mój zawód to wolny ptak. Od dzieciaka począwszy, zawodowo miałam kilka marzeń. Najpierw - zostać anglistką, bo gdy znalazłam książkę dla samouków Taty - ja miałam lat 14, a książka wówczas już 35, zabytek - znalezione tam słowa wypełniły umysł i serce po brzegi. Potem chciałam być nauczycielem, takim jak Captain, my Captain z Dead Poets Society. Do melodii lekkich słów Puka ze Snu nocy letniej. I dawać uczniom nie tylko wiedzę, ale i oddech, i human touch. Potem chciałam być misjonarką. Oddać życie, przelać krew.

Później miałam zawodowe proste bardzo marzenia. Móc zająć się dziećmi, kiedy potrzeba. Nie wpuszczać stresu korporacji do domu. Nie tłumaczyć się przełożonym. Ale za to uczyć, tłumaczyć i pisać. Czasem pojechać pociągiem do Warszawy - pisałam do Autorki Wieczornego długo przed tym, zanim były na to jakiekolwiek logiczne widoki. I żeby czasem móc odwiedzić Wielką Brytanię, bo w poprzednim wcieleniu musiałam tam mieszkać w wiejskiej bardzo chacie. Myślałam, że może kiedyś jako konsultant podręczników jednego wydawnictwa, ale okazało się, że przy okazji zupełnie innej.

Jestem wolnym ptakiem. Nie sieje ani żnie, a nakarmiony i odziany. Ma to wszelkie pozytywne konsekwencje i kilka skutków ubocznych, z którymi bywa trudno. Jednak uczciwie powiedzieć trzeba, że wszystkie marzenia się spełniają. I to jeszcze przed czterdziestką, a dopiero po niej ponoć zaczyna się prawdziwe życie. Choć wszystkie te marzenia zostały wypełnione nową zupełnie treścią: uczestniczenia w projektach znacznie większych niż ja sama - i takich, co dają ludziom na koniec uśmiech.

Tylko trzeba pamiętać o ładowaniu akumulatorów. A teraz także o Plusie, który tańczy z radości w moim brzuchu, nawet gdy mi do radości bywa daleko. Muszę go jakoś doganiać. :)

Georgiana, lepiej teraz?